Sekcja „multiplikatorów” – łowienie katuszką

Skuteczne łowienie szczupaków możliwe jest także na kołowrotek o ruchomej szpuli. Nie musi być to też uznawany na całym świecie kołowrotek typu Nottingham. Autor jest zwolennikiem spinningowania z katuszki.
Moja przygoda z katuszką zaczęła się prawie dwadzieścia lat temu -ależ ten czas szybko leci – i niezależnie od ewentualnych rewolucji w technikach łowienia ryb, wględnie, jak to określam, nostalgicznego, dopadającego mnie raz na jakiś czas, niepokoju duszy, czyli takiego wędkowania, które w danym momencie sprawia mi największą przyjemność, dam sobie głowę obciąć, że przygoda ta potrwa do końca mojego wędkarskiego życia. To coś w rodzaju bardzo wąskiej specjalizacji w łowieniu ryb drapieżnych, a ściślej mówiąc w polowaniu na szczupaki. Co to jest katuszka? Skąd ta pewność i ryzykowanie utratą głowy? Co, u licha oznacza sekcja multiplikatorów? Już wyjaśniam.

Stracony dla społeczeństwa

Zacznę od tego, że już jako sześcioletni chłopiec po raz pierwszy słyszałem od “niewędkarzy”, znajomych moich rodziców, że jak tak dalej pójdzie, wkrótce stanę się człowiekiem całkowicie straconym dla społeczeństwa. Moją pasję wędkarską, rozbudzoną przez ojca w wieku lat trzech – tak, tak, to szczera prawda – zauważali wszyscy i w żartach chcieli się nawet zakładać (wiem to z relacji moich rodzicieli), że już wkrótce nie będę widział świata poza wędkarstwem. Odbiegam jednak od tematu. Katuszka, nazwa zapożyczona z języka rosyjskiego, to duży kołowrotek o ruchomej szpuli kojarzący się wszystkim tylko z łowieniem metodą gruntową. Toporny kij, wielki ciężarek, gruba żyłka, przynęta jak na suma i bębnowy kołowrót – to typowy sprzęt rzecznych wędkarzy sprzed kilkudziesięciu lat. Okazuje się jednak, że taką katuszką można także z powodzeniem spinningować. Niemożliwe? Możliwe i to jak najbardziej.
W Polsce jest jeszcze wielu wędkarzy, którzy tak właśnie zaczynali. Kilkadziesiąt lat temu był to jedyny dostępny na naszym rynku model kołowrotka i ci, którzy marzyli o spinningowaniu nie mieli innego wyjścia. Z czasem jednak pojawiły się bardzo praktyczne w użyciu kołowrotki o stałej szpuli i większość kolegów spinningistów szybko przyzwyczaiło się do tej nowinki technicznej. Jest to zresztą jak najbardziej zrozumiałe. Ja też tak zaczynałem.

Ponowna nauka rzucania

Miałem jedenaście lat i nawet nie wiem, czy łowiąc, a może lepiej powiedzieć ucząc się łowienia na spinning nie naruszałem regulaminu Polskiego Związku Wędkarskiego.
Z dość mieszanymi uczuciami przyznaję się, że na początku mojej kariery wędkarskiej nie byłem zbyt etyczny. Każda złowiona ryba okazywała się tak godna uwagi i pochwalenia się w domu, że zabierałem wszystko jak leci. Dopiero z czasem zacząłem traktować nasze hobby zupełnie inaczej. Już od wielu lat wypuszczam wszystkie ryby, którym brakuje do wymiaru nawet pół milimetra! Nie znajduję też ani słowa zrozumienia dla „kolegów”, którzy rozciągają za łeb i ogon, na przykład pstrąga, żeby rybka „stała się wymiarowa”.
Znowu odbiegam jednak od tego, co pragnę Wam opowiedzieć. Łowienie szczupaków zacząłem w bardzo tradycyjny sposób. Czeski kij z pełnego włókna, kupiony za oszczędzane przez dwa lata pieniądze, kołowrotek Stabil firmy Tokoz, żyłka o średnicy 0,40 mm, przewidziana na dwa, trzy sezony oraz kilka specjalnych wahadłówek własnego pomysłu pozwalało mi sądzić, że jestem jak najbardziej nowoczesnym wędkarzem. Ustanowienie nowych rekordów w szczupakach, okoniach i sandaczach (wychowywałem się na Mazurach, a tam tylko te ryby tak naprawdę się liczą) miało być kwestią najbliższej przyszłości.
Poza samodzielnymi wyprawami na ryby często wyruszałem na spinningowe eskapady razem z moim ojcem. I zawsze dostawałem łupnia! Był moim promotorem wędkarstwa, wspaniałym nauczycielem i bardzo długo uważałem, że nigdy mu nie dorównam. Kolejna z rzędu lekcja, gdy łowiący na katuszkę (!) tata miał już ze trzy szczupaki i chyba ze dwa zejścia, a ja, niby już dostatecznie doświadczony, z kilkudziesięcioma esoxami na koncie (na tradycyjny sprzęt), nie miałem ani jednego brania, dała mi jednak do myślenia. Jak to jest, że mojemu ojczulkowi ciągle biorą, a mnie nie? Łowimy przecież z jednej łódki, prawie na takie same przynęty i ciągle nie mam nawet puknięcia. Czyżby ten toporny kołowrotek, o którym miałem do tej pory dość pogardliwe mniemanie, decydował o sukcesie? Jeszcze na łódce poruszyłem ten temat i po krótkim wykładzie, a o czym była mowa, o tym za chwilę, postanowiłem, że nauczę się na to coś łowić. Tak się bowiem złożyło, że mój ojciec nigdy nie przestawił się na kołowrotki „z pałąkiem” i, co by nie mówić, jako zatwardziały konserwatysta, doszedł w sztuce łowienia szczupaków na katuszkę do perfekcji. Dopiero wtedy skojarzyłem, że nigdy nie był zbyt chętny, abym mógł spróbować rzucić sobie jego spinningiem. – To trzeba umieć, tylko splączesz mi żyłkę, lepiej nie – kwitował wszelkie moje próby wzięcia jego sprzętu w swoje ręce. Po tej rozmowie jednak, gdy wyraziłem szczerą chęć nauki, tata kupił sobie nową szpulkę żyłki (wiedział co się święci) i przekazał mi swój spinning.
To był horror. Dwa tygodnie po kilka godzin dziennie uczyłem się rzucać z pomostu i brak jakiegokolwiek brania tłumaczyłem sobie tym, że akurat to miejsce nie było zbyt atrakcyjne. Faktem jest, że większość czasu poświęcałem na rozplątywanie fantazyjnych jeżów z żyłki, a rzuty, które mi się niekiedy udawały były bardzo krótkie. W rok później dzięki katuszce mazurskie jezioro Wałpusz wydało mi się najlepszym szczupakowym łowiskiem świata, ale wszystko po kolei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *